Strona promująca osadę GRABOWIEC
GRABOWIEC - OSADA NA SKRAJU MAZOWSZA  
 
  wrzesień 1939 20.11.2018 21:52 (UTC)
   
 

Żywot człowieka zranionego

 

Virtuti Militari

 

Zbigniew Nosal

 

Przemiany 2 (218) 89  – Kielce   Luty 1989r

 

Bracia Bębenkowie są radośnie uśmiechnięci. Nachylają się i starszy Henryk wyciąga do nas rękę. Ma w niej przyczerniały już trochę, zniszczony oficerski pas. Siedzący obok mnie w samochodzie wysoki, posiwiały mężczyzna bierze go szybko, jakby łapczywie i bez namysłu podnosi do ust. Całuje.

Staram się na niego otwarcie nie patrzeć. Bo te czuję, że ma w oczach łzy i że nie bardzo wie, co z tym skarbem zrobić. Składa pas gwałtownie i usiłuje schować do teczki, ale potem znów rozwija i przebiera w palcach długi skrawek skóry z podwójnym rzędem dziurek, powyrywaną filcową podkładką, resztkami pętelek do szabli, otworami na koalicyjkę, brązowymi plamami, pozostałością jego krwi.

Tamci dwaj są bardzo szczęśliwi.

- Zapamiętałem, jak wtedy pan szedł. Wysoki, przystojny, na słabych nogach, podpierając się oberwaną sosenką. Widzę, jak dziś, choć miałem dziewięć lat. I tak zapamiętałem. Na całe życie. Pas zniszczony, ale nie dało się wyczyścić z krwi, a ojciec nasz chodził w nim na wszystkie strażackie uroczystości, co roku wartę w nim trzymaliśmy przy grobie Chrystusa, więc podniszczony, ale jest. To była dla nas po polskim oficerze pamiątka, i niech teraz on wróci do pana. Pański jest. Kto by się spodziewał? Czterdzieści dziewięć lat...

Józef Kogut ma szczęście do dziewiątek. Tak i ja również dziewięć lat temu opisałem jego tutejszą wojnę z Niemcami, ale dopiero teraz obaj znaleźliśmy się w Grabowcu, żeby to miejsce zobaczyć i muszę wszystko od nowa opowiedzieć, idąc za podchorążym Kogutem krok w krok, bo cóż mogę więcej dla niego zrobić, cóż mogłem dla siebie, jeżeli ze wszystkiego, co najważniejsze, pozostała tylko pamięć? I ten pas od braci Bębenków. Ta rana. No i jeszcze rozległe pole pobitewne między Grabowcem i z daleka widocznymi wśród drzew dachami Rzechowa, przyrzucone teraz warstwą pierwszego śniegu i puste. Dawno już zagoiło rany.

To właśnie tu w sobotę 9 września 1939 roku zjawił się Józef Kogut ze swoim pierwszym dowodzonym przez siebie plutonem 8 kompanii strzeleckiej, trzeciego batalionu 51 pułku. Pułk wchodził w skład 12 tarnopolskiej dywizji piechoty generała Paszkiewicza, będącej częścią składową Armii "Prusy". W kieleckie przyjechali transportem kolejowym z Brzeżan na Podolu, gdzie młodziutki dopiero co po szkole, podchorąży Kogut miał swój dom i rodzinę.

Przez cztery doby, dniem i nocą, maszerowali ze stacji Skarżysko atakowani przez niemieckie samoloty, głodni i spragnieni. Gdzieś w lesie pod Dubrawą szarża dla dodania ducha wytłumaczyła batalionowi. że oto zagon niemieckich  wojsk udarł się w głąb kraju i obecnie znalazł się w okrążeniu. trzeba ten worek zamknąć i wroga zdusić.

W rzeczywistości było odwrotnie to ich  dywizja znalazła się w potrzasku. Musieli teraz przerwać pierścień okrążenia i przedrzeć się za Wisłę.

O  brzasku Kogut zobaczył na skrzyżowaniu drób dowódcę dywizji, generała Paszkiewicza z dowódcą pułku, podpułkownikiem Fieldorfem. Studiowali mapę. Usłyszał, jak generał mówi do Fieldorfa:

- Pański pułk naciera po osi Kałków - Dubrawa.

Podpułkownik powtórzył  rozkaz dowódcy batalionu, a zwracając się do żołnierzy, powiedział:

- Chłopcy! W imię Boga - zaczynamy!

Oddziały natychmiast rozwinęły się w tyralierę. Kogut był przy pierwszej drużynie. Nie pamięta jak długo trwał ten marsz, Weszli na łąkę okrytą .gęstą mgłą, a następnie dobrnęli na skraj lasu, gdzie mieli zająć pozycję wyjściową,

Na odgłos salwy swojej artylerii biegiem wyskoczyli do natarcia, Między podchorążego i dowódcę kompanii, kapitana Krupnickiego, padła seria z karabinu maszynowego. Raniło kilku żołnierzy.  Niemiec strzelał ze strychu przycupniętej do skraju lasu krytej dachówką chaty. Stoi tu dzisiaj taki dom, ale czy to ten?

Rozgorzało piekło. Grad kul nieustannie padał na polskie oddziały. Zapora ogniowa nie do przebycia. Strzelali do naszych ogniem bocznym, z dobrze zamaskowanych stanowisk. Niemiecka artyleria siała spustoszenie w naszych szeregach. Z tej strony gdzie dziś stoimy, słychać było tylko kilka działek o małej skuteczności ogniowej. Natarcie utknęło na tych rozległych polach. Kryli się w zagonie ziemniaków.  Niemcy bezustannie ostrzeliwali to pole od strony Rzechowa. Wieś płonęła.

Kogut postanowił zdobyć dwa niemieckie przeciwpancerne działka stojące na wprost jego plutonu, ale żołnierze nie reagowali już na głos, gwizdek i znaki. Zaryli się w ziemię i czekali, aż przestaną strzelać. Chorąży uznał, że jedyną w tej sytuacji formą rozkazu będzie własny przykład. Zaczął się czołgać do przodu. Za nim ruszył kapral Pietrucha i najbliżej ukryci żołnierze.

 

 

Nagle z boku zawołał ktoś Koguta po imieniu. Podporucznik Wachtel. Był ranny w nogę Kogut założył mu opatrunek. Wachtel odradzał atak.

-         Nie zdajesz sobie sprawy z sytuacji, w jakiej jesteśmy? Bitwa przegrana. Wybiją was wszystkich, zanim dojdziesz do działek. Wycofajcie się, ratujcie życie.

Przyrzekł Wachtelowi, że go wyniosą w powrotnej drodze.  Poszli. Kryjąc się w ziemniaczanych rządkach, wśród łętów, podpełzli do działek na jakieś trzydzieści metrów, wtedy krzyknął:

-         Bagnet na broń!

 

Wyskoczyli i krzyczeli: „Hura”, a zapewne wśród wielu tych krzyków ich głosy także słyszeli tamtej soboty ludzie w Grabowcu. Niemcy nie wytrzymali nerwowo, raptownie odskoczyli od działek i zniknęli  im z oczu. Nasi dopadli tam. Podchorąży razem z czterema żołnierzami odwraca jedno działko w stronę Niemców, kapral Pietrucha, strzelec Weklak i trzech innych żołnierzy drugie. Działko, przy którym jest Kogut nie nadaje się do użytku, Niemcy zabrali ze sobą część zamka. Przeskakuje do drugiego. To samo. Wtedy właśnie niemiecki pocisk artyleryjski trafił w to pierwsze. Kogut zobaczył wybuch. Żołnierze odruchowo skoczyli w bok, on poleciał do przodu.

Było ich zaledwie kilkunastu na tak daleko wysuniętej pozycji. Wiedział, że mimo brawury i bohaterstwa żołnierzy natarcie całkowicie się załamało. Zaczęli odwrót, równie niebezpieczny jak natarcie. Jest ich niewielu, dla Niemców nie stanowią zagrożenia, przeciwnie, są dla nich celem strzeleckiej zabawy. Bili jak do kaczek. Jedyne szczęście, że skuteczność ich ognia była mała, już zresztą Kogut ze swymi ludźmi umieli chować się w najmniejszym załamaniu terenu. Grupka żołnierzy kieruje się w stronę wąwozu prowadzącego do lasu. Dla Koguta to za daleko, wycofuje się po linii prostej. Czołga i pełznie, aby jak najszybciej dołączyć do kompanii. Stara się wracać dokładnie tą samą drogą, rozgląda za Wachtelem. Z żywych nie widać już nikogo.

 

Pola teraz, po czterdziestu dziewięciu latach, są puste, lekko zakryte śniegiem. Przez mgłę widać zarysy dachów płonącego wtedy Rzechowa. Patrzymy tam. Kogut  mówi :

- Nie zapomnę nigdy widoku zabitych i rannych zwierząt, ich rozdętych cielsk i przeraźliwych oczu. Widziałem konia z przestrzelonymi nozdrzami. Stał wyprostowany z wysoko podniesionym łbem. Był jakby figurą modlącego się o pomstę do nieba za wyrządzaną mu krzywdę.

Spotkał kaprala a 54 pułku. Czołgali się razem. W pewnej chwili zobaczyli przed sobą niemiecki samochód. Nie wiedzieć, skąd się tam wziął. Może Niemcy przyjechali po swoich rannych? Ostrzelali ich tam. Kogut bronił się ukryty za maską innego, rozbitego wozu. Wystrzelał ostatnie naboje z karabinu i jeden magazynek z "visa". Udało im się odskoczyć w zagon ziemniaków, Tam w bruździe leżał lekko ranny w rękę starszy strzelec Turski z pierwszej drużyny jego plutonu. Miał karabin i dwa magazynki  amunicji. Podchorąży miał osiem pocisków, dwa zastawił kapralowi.

Oddalili się jakieś dwadzieścia metrów. Znów wymiana strzałów między Kogutem i Niemcami. Leżał na prawym boku, strzelał wsparty na łokciach i w chwili, gdy składał się do kolejnego strzału świetlny pocisk przestrzelił mu lewe biodro. Zwinął się w kłębek.

Kapral z Turskim zawrócili aby mu pomóc, ale ból był tak wielki, że nie pozwolił im się dotknąć. Rozkazał im odejść i ratować własne życie. Oddał karabin z amunicją, a kiedy nie chcieli wykonać rozkazu- zagroził pistoletem. Kapral żegnał go  ze łzami w oczach, pocałował jak ojciec syna i poczołgał się z Turskim w stronę lasu.

Spojrzałem na zegarek. Stanął. Wskazówki zatrzymały się na godzinie dziewiątej minut dziesięć. Sekundnik wskazywał także dziewiątkę. Był dziewiąty dzień września 1939 roku. 1 Uznałem to za dobry omen. wróżba z dziewiątkami spełniała się - usłyszałem nadjeżdżający od pobojowiska samochód. Zapadłem w ciemność.

Obudził go warkot silnika. Samolot. Leciał nisko i powoli. Raz po raz oddawał serię z karabinu maszynowego. Ranny uniósł głowę. Zobaczył krążących po pobojowisku  niemieckich żołnierzy. Szli tyralierą . Karabiny mieli zwrócone lufami w dół. Strzelali.

Postanowił wycofać się do lasu,  przy którym dzisiaj stoimy. Był sam, pięć nabojów to za mało na uratowanie w przypadku spotkania z takim patrolem. Nożem poodcinał wszystkie pasy. Zostawił tylko "visa". Czołgał się na prawym baku, przemógł ból, wydawało mu się, że jest już od tamtego miejsca bardzo daleko, ale gdy się obejrzał, zobaczył swój chlebak, mapnik, maskę, łopatkę, lornetkę i hełm, jak na dłoni. Wciąż były bardzo blisko. Podwoił wysiłek. Dotarł na rżysko, a potem do lasu, Tu z dwóch leszczynowych kijów zrobił sobie laski, podniósł się i opierając na dwóch patykach posuwał powłócząc lewą nogę. To był ten wąski pasek lasu, gdzie potem pochowano stu trzydziestu polskich żołnierzy, jego kolegów.

 

Przez głupią ciekawość podniósł róg zakrwawionej bluzy i spojrzał na ranę. Zrobiło mu się słabo. Podszedł do jakiegoś leja i położył się w nim. Znów miał w oczach ciemność i czuł, że pogrąża się w jakąś przepaść bez końca.

-                    Nie wiem, jak długo wypoczywałem. Śniło mi się, że rozdziobują mnie wrony. Nie mogłem się obudzić.

                                           

Zdjął bagnet z karabinu i otarł go w krwi rannego podchorążego. Odeszli.

 

Było chyba południe, kiedy podpierając się sosnową gałęzią  ranny Józef Kogut dotarł na skraj Grabowca. Niechętnie widziano go w polu, gdzie jakaś kopiąca ziemniaki dziewczyna nie pozwoliła mu się nawet obok siebie zatrzymać, niechętnie w dwóch pierwszych domach. Ludzie bali się, że za udzielenie mu pomocy rozstrzelają ich Niemcy. Szedł obolały, skrwawiony, wpółprzytomny wiejska ulicą i wtedy właśnie zobaczyli go ci dwaj mali chłopcy, bracia Bębenkowie. Wtedy zapadł im w pamięć na całe życie. Pytał ich o rodziców. Ojców braci nie było w domu, ranny wszedł więc furtką na podwórko i ułożył się z tyłu za domem pod stogiem zboża. W sąsiedztwie, pod okapem stodoły siedział ranny w nogi jakiś polski żołnierz.

Podchorążego trawiła gorączka, jakiś chłopiec, chyba Tomanek, przyniósł mu parę jabłek i garnuszek wody, a potem wieczorem sprowadzono doń Marię Puton, miejscową nauczycielkę. Przyszła ze swoją młodszą koleżanką Stasią, siostrą proboszcza Kolasy. Zdjęły podchorążemu mundur i opatrzyły ranę, przenosząc go na klepisko stodoły.

Później, po latach, okazało się, że Kogut nie był tej nauczycielki jedynym podopiecznym rannym żołnierzem, że było ich wtedy we wsi sześciu, i że rolę samarytanki pełnić miała ona całą wojnę. Leczyła i opatrywała partyzantów, w tym także własnego syna Kazimierza, który pod pseudonimem "Puls" należał do oddziału "Szarego", że trafiali do niej ludzie od "Potoka", koledzy jej syna, spośród których pięćdziesięciu dziewięciu padło na Piotrowym Polu, w tych samych lasach gdzie walczył podchorąży i że dwa razy przyjdzie jej za tę ofiarność stanąć przed plutonem egzekucyjnym starachowickiego gestapo, skąd udało się ją wyrwać konspiratorom i partyzantom. To właśnie ona, późniejsza "Róża", kiedy już z Kogutem było bardzo źle, wysłała do niemieckiego majora, dowódcy sztabu kwaterującego na  plebani, księdza Kolasę, żeby umówił ją na rozmowę. Powiedziała Niemcowi o rannym podchorążym i powołując się na umowy międzynarodowe zażądała pomocy lekarskiej. Oficer żachnął się, ale potem wezwał lekarza i samochód sanitarny.

Udali. się z nauczycielką do tamtej stodoły. Jej synowie, Zdzisław ze starszym bratem, biegli z płaczem za samochodami, w obawie, że Niemcy zabiją im matkę. Po wejściu do stodoły niemiecki lekarz odsunął z rannego pierzynę, oderwał opatrunek, powąchał i zapytał, kto leczył. A kiedy Maria Puton powiedziała: ja, towarzyszący majorowi i lekarzowi esesman sięgnął do kabury. Major jednak wstrzymał mu rękę i wskazując na sanitarkę kazał tam przenieść podchorążego. Przewieziono rannego do punktu sanitarnego w Lipsku, potem do polowego niemieckiego szpitala w Iłży, a stamtąd sanitarnym samochodem w towarzystwie trzech ciężko rannych niemieckich żołnierzy do Kielc. Tu umieszczono go w szpitalu dla jeńców, mieszczącym się w Seminarium Duchownym, bo szpital św. Aleksandra przy ulicy Kościuszki Niemcy zajęli dla swoich ludzi.

W tym jenieckim szpitalu, do którego polski personel postarał się przenieść jak najwięcej sprzętu i leków, od pierwszych dni działała kobieca medyczna organizacja wojskowa.

 Położono Koguta w korytarzu na drugim piętrze. Podchorąży nie zdawał sobie sprawy, że jest z nim bardzo niedobrze. Po dwóch dniach przeniesiono go na salę zwaną umieralnią, skąd w zasadzie po krótkim pobycie wynoszono chorych do kostnicy. Dowiedział się o tym później po przesileniu, gdy leżał już w ogólnej sali. Śmierć nie była mu widać pisana, groziło za to wywiezienie da oflagu w głąb Rzeszy. Miał jednak szczęście, ominęły go trzy wyjazdy. Podczas pierwszych branek oficerów leżał ukryty pod kocami, z trzeciej uratowała go pani Haneczka, zagadując z płaczem niemieckiego oficera:

Pewnego dnia odwiedzili Koguta leżący także w tym szpitalu kapral Szwed i sierżanta ich pułku. Od nich dowiedział się, że uznano go za zabitego. Po załamaniu się natarcia pod Grabowcem pozostali przy życiu urządzili apel poległych i gdy odczytano jego nazwisko, wyskandowali: "Poległ na polu chwały!'', a dowódca kompanii porucznik Krzywonos oznajmił, że za męstwo, odwagę i czyny bojowe Józef Kogut został pośmiertnie awansowany do stopnia podporucznika i że złożono wniosek o odznaczanie go krzyżem Virtuti Militari.

Przysłuchiwał się temu leżący obok ranny porucznik Jan Wącior, z zawodu nauczyciel, który bardzo lubił rysować i teraz także coś kreślił, a gdy skończyły się odwiedziny podał Kogutowi narysowany na karteczce jego  portret  w mundurze wojskowym, na bluzie widniał krzyż, którego Kogut nie miał, zwłaszcza po tym, co go jeszcze w życiu spotkało, nigdy otrzymać. Ten krzyż widnieje tylko na płowiejącym coraz bardziej ołówkowym rysunku.

 

cdn.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 [T1]

 
  NAWIGACJA
 
 
 
 
 
 
 
  CZAS TO PIENIĄDZ
Okienkko logowania nie jest wyświetlane, ponieważ dodatek "Ukryte strony" nie został aktywowany na tej stronie
  Reklama
  UWAGA ! ZAPRASZAMY DO WSPÓŁPRACY
Jeśli macie ciekawe informacje, fotki, artykuły czy jakieś linki dotyczące naszej miejscowości to proszę o kontakt :
E-mail: grabowianki@wp.pl
  OGŁOSZENIA
Kto na radnych do gminy, powiatu, województwa? Kto na wójta ? chcesz wiedzieć weź udział w spotkaniu komitetów wyborczych w sobotę 8-11-2014 r o godz. 17:00
  CENTRUM INFORMATYCZNE
CENTRUM INFORMATYCZNE
"WIOSKA INTERNETOWA"
jest czynna
  REDAKCJA
grabowianki@wp.pl

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=